Uważajcie, bo marzenia się spełniają! Toskańska historia Kasi

Kilka miesięcy temu napisała do mnie Kasia, jak się okazało pomyliła mnie z wydawcą:). Przyjrzałam się jej bliżej. Odkryłam, że to nie tylko przepiękna, ale też wyjątkowo skupiona na swoim celu kobieta. I choć raczej nie wydam jej książki, umówiłyśmy się na wywiad.
Zapraszam Was do rozmowy o szczęściu, traceniu nadziei, majątku i radości, w końcu o złości i wiary, że wszystko jednak będzie dobrze! Opowiem Wam historię dziewczyny, która nieświadomie wybierając punkt na mapie na rodzinne wakacje, znalazła swoje miejsce na Ziemi. Gdy to zrozumiała, jej świat wywrócił się do góry nogami. Z tej opowieści płynie morał: uważajcie, bo marzenia się spełniają! Nawet, gdy Twój bezpieczny dotąd świat runie. Oto Kasia z Domu z Kamienia. Od roku udaje jej się spełniać największe marzenie życia – zamieszkać w Toskanii. Z głośnej i rozpędzonej Warszawy uciekła do toskańskiej wsi, gdzie okryła zupełnie nową siebie. Ale nie myślcie sobie, że wszystko było pięknie, łatwo i uroczo:).

– Kasiu, mieszkasz w Toskanii od roku i zapewne wszyscy Cię o to pytają – jak to wszystko się zaczęło? I jak to się stało, że tu zamieszkaliście?



– Historia jest o tyle ciekawa i dziwna, że byłam bardzo związana z Warszawą i nie wyobrażałam sobie w ogóle życia za granicą, a każde miasto poza Warszawą było dla mnie – mówiąc kolokwialnie – wiochą. Mało tego byłam bardzo związana z Grochowem. Od jakiegoś czasu mówiłam, że chciałabym pojechać do Toskanii na wakacje, zaczęłam się nawet uczyć włoskiego, ale dopiero gdy się urodziło długie dziecko w końcu pojechaliśmy. To było  w 2007 roku. Trafiliśmy do bardzo nietoskańskiego miasteczka, do Marradi. Nie ma tu klasycznych strzelistych cyprysów, winnic, to nie jest Chianti. 



Szukałam przez internet niezależnego domu, nie chciałam mieszkać w dużym agriturismo. I tak znalazłam Piano Rosso. Już pierwszego dnia poczułam się tu jak u siebie, że to miejsce jest dla mnie niezwykłe.



Ostatniego dnia pobytu pojechaliśmy na lody i wtedy wychucham płaczem. Powiedziałam, że ja nie mogę stąd wyjeżdżać, że ja jestem u siebie. Po prostu. Może to brzmi górnolotnie, ale dla mnie poczuć się gdzieś „u siebie” poza Warszawą, poza Grochowem było zupełnie nieprawdopodobne.



I rzeczywiście, od tamtego momentu myśmy bardzo często tu wracali. W tamtych czasach mogliśmy sobie na to jeszcze pozwolić, powodziło nam sie lepiej, więc wracaliśmy bardzo często. To były dwumiesięczne wakacje, w czasie roku – gdy dzieci chodziły jeszcze do przedszkola – mogliśmy sobie wygospodarowac jakieś wolne dni i przyjeżdżać. Każdy pobyt to nowe znajomości, nowe miejsca. A ja wciąż powtarzałam, że pewnego dnia tu przyjadę i już nie wyjadę!




– Czyli to była miłość od pierwszego wejrzenia! Czy za każdym razem wracaliście właśnie tu, do Marradi?



– Tak, zawsze wracaliśmy do Marradi, do naszego agriturismo Piano Rosso. Wszyscy się dziwili, przecież to niemożliwe, to nuda ciągle wracać w to samo miejsce, jaki to ma sens.



Póki były pieniądze, my ich nie liczyliśmy. Natomiast, kiedy sytuacja zaczęła się nieco pogarszać zaczęliśmy przyglądać się naszym wydatkom. Mieliśmy w Polsce swoją działalność, byliśmy sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Ale w końcu zaczęliśmy rozmawiać z poznanymi tutaj ludźmi i okazało się, że wynajęcie domu w agriturismo, typowo wakacyjnym miejscu na dwa miesiące kosztuje nawet więcej niż wynajęcie zwykłego domu na stałe, na cały rok! I wtedy rozpoczęły się poszukiwania. Uznaliśmy, że już wystarczy Piano Rosso i trzeba znaleźć coś innego, ponieważ chcieliśmy tu przyjeżdżac na Boże Narodzenie, ferie i każdą wolną chwilę. Nie jeździliśmy do Zakopanego na narty, tylko ciagle do Marradi.




I tak wynajęliśmy nasze Casaluccio, który jest na wizytówce bloga:).



Pół żartem pół serio po każdym powrocie do domu mówiłam znajomym, że pewnego dnia nie wrócę z wakacji:). I w zeszłym roku faktycznie tak się stało! Niektórzy przyjęli to ze śmiechem, a niektórzy z płaczem – jak moja mama. Przygotowywaliśmy ich na to od lat, ale nikt nie brał tego na serio.



Moje dziecko, które mnie słucha podpowiada mi, że wróżył sobie gumką do mazania, czy pojedziemy do Włoch na stałe czy nie. Kiedyś zimą, gdy było jakoś tak strasznie źle, nasza sytuacja zaczęła się raptownie pogarszać. Okazało się, że w tym momencie zostanie we Włoszech wydaje sie jakimś totalnym absurdem, czymś nieosiągalnym. I wtedy moje dziecko mnie pocieszało: 


           – Mamusiu, moja gumka mówi, że zostaniemy w tym roku!



No i gumka powiedziała prawdę [śmiech].



– A jak wyglądało takie wróżenie gumką?



– Na przerwie mój syn brał sobie swoją gumkę – myszkę do ścierani i zadawał sobie w myślach pytanie TAK – NIE i patrzył, co mu gumka pokazywała – myszkę, czy nic. I gumka powiedziała, że będziemy we Włoszech!



– Na początku to było tylko Twoje marzenie, prawda?  Czy z czasem stało się marzeniem całej rodziny? 



– Początkowo to było tylko moje marzenie, moja fiksacja. Zresztą zrobiłam się w pewnym momencie okropna. Teraz to widzę wyraźnie, wcześniej tak tego nie oceniałam.



Wracałam z Włoch do domu i nie potrafiłam o niczym innym myśleć. Każda rozmowa ze mną kończyła się i tak na Italii. Muzyka była tylko włoska, w kuchni było tylko po włosku, filmy – to tylko włoskie, książka tylko włoska! I to się dla ludzi zrobiło nieznośne. A dzieci siłą rzeczy rosły razem z tym moim marzeniem, wchłonęli tą atmosferę i bardzo szybko sami zaczęli mówić, że oni się chcą przenieść. Sami, niezależnie. Pytali, kiedy w końcu znajdę im szkołę w Marradi:).



To nie było tak, jak niektórzy mi zarzucają, że ja przekabaciłam całą rodzinę, że wszyscy musieli mi się podporządkować. Czekałam, aż wszyscy dojrzeją do tej decyzji. W sumie to mój mąż potrzebował najwięcej czasu, aby ta myśl o pozostaniu na stałe przerodziła się w decyzję. Chyba przekonały go takie podróże poza sezonem. Latem jest wszędzie fajnie, ciepło, jest co robić, ale takie jesienne i zimowe wypady pokazały, że też jest fajnie, też jest co robić i co najważniejsze – ten ogromny kontrast między małym miasteczkiem, a głośną Warszawą pokazał, jak zupełnie inaczej się tu żyje.



-W końcu się to stało, nie wróciliście z wakacji, Wasze pozostanie w Marradi stało się faktem. Jak dzieci zareagowały? Musiały przecież stawić czoło nowej rzeczywistości, pójść do nowej szkoły, poznać nowych kolegów.



– Ostatni nasz „polski rok” był naprawdę dramatyczny. Runął nam świat, runęło nam wszystko. Jeszcze kilka lat temu byliśmy bardzo zamożni, żyliśmy naprawdę na świetnym poziomie i chcielibyśmy, aby innym też żyło się dobrze. Niestety to się obróciło przeciwko nam. O tym jest między innymi moja książka, która się pisze. Sytuacja zaczęła się diametralnie zmieniać, to była walka o przetrwanie. Praktycznie straciliśmy wszystko i stwierdziliśmy, że jeśli nie teraz, to już nigdy! Najwidoczniej musiało zadziać się aż tak źle, aby nas do tego popchnąć. Cały czas czekaliśmy, aż będzie lepiej, czekaliśmy na właściwy moment, ale on nie nadchodził:). Paradoksalnie te dla nas tragiczne wydarzenia pchnęły nas we właściwym kierunku. Robiliśmy listy za i przeciw, rozpisywaliśmy plan A, B, C… a dzieci codziennie się dopytywały, czy już jest podjęta decyzja.



I zapisaliśmy ich do szkoły. 



Przyjęli nas z fanfarami! Powiedzieli, że nie mają tu dzieci z północnej Europy, bo dla nich Polska jest z północnej, a nie ze wschodniej Europy [śmiech]. Było przesympatycznie. Dokładnie to pamiętam, ponieważ poszliśmy na targ w Marradi i to był zwykle czas, gdy robiliśmy ostatnie zakupy przed wyjazdem i każdy zawsze się pytał kiedy wyjeżdżamy. Tym razem powiedzieliśmy, że zostajemy i właśnie zapisaliśmy dzieci do szkoły. I wtedy były okrzyki radości, płacz, było bardzo wzruszająco!



Ale dwa tygodnie później trzeba było pójść do szkoły. Dzieci były przerażone, a ja razem z nimi! Chłopcy nie znali języka. Rano syn stwierdził, że boli go brzuch i nigdzie nie idzie. Ale poszli. Przez kilka godzin siedziałam, jak na szpilkach, ale gdy po nich poszłam – wyszli ze szkoły z uśmiechami na twarzy. Okazało się, że włoska szkoła jest fantastyczna! Po dwóch miesiącach chłopcy zaczęli świetnie mówić po włosku. To dzięki temu, że szkoła zorganizowała dla nich specjalne zajęcia z języka, przyjeżdżała pani z innego miasteczka, aby ich uczyć. Szkoła była dla mnie największym stresem, a okazała się najmilszym zaskoczeniem. Chłopcy mówią teraz wspaniale po włosku, bez akcentu obcokrajowca!



– Miewacie myśli o powrocie do Polski? Czy ta toskańska euforia wciąż jest na tyle duża, że nie bierzecie tego pod uwagę?



– Absolutnie nie dopuszczam do siebie takiej myśli! Nie chcę mówić niepochlebnie o Polsce, ale ostatnie doświadczenia strasznie mnie pokiereszowały. To byłby dla mnie najczarniejszy scenariusz, gdyby się okazało, że jednak musimy wrócić. Będę się trzymać każdej możliwości, aby tu zostać. Żyjemy bardzo skromnie, ale to skromnie jest zupełnie inne niż w Polsce. Możemy wyskoczyć z dziećmi nad morze, możemy iść w góry, poza tym ludzie tu inaczej żyją. Żyją wolno, żyją „ze sobą”. Tutaj dzieciaki mają więcej wartości, życie jest głębsze, a nie wszytsko szybko, po łebkach – mija tydzień, a ty się nie ogarniasz, jesteś zmęczony, ciagle w biegu. Tu jest zupełnie inaczej. Dzieci przyjęły ten rytm włoski, im jest dobrze i nam jest tu dobrze. 




– Czy Twoja rodzina przeszła przez ten ostatni rok przemianę?



 – Absolutnie tak. Widzę to zwłaszcza po dzieciach. Zmiana jest niesamowita, z zahukanych, żyjących pod kloszem w wielkim mieście dzieci, które beze mnie nie mogły nigdzie wyjść, tu zyskali wolność. Zachłysnęli się tym już wpierwszych dniach, kiedy zaczęli chodzić do szkoły. Nagle się okazało, że mogą wziąć rower i spokojnie sobie gdzieś pojechać, pójść na spacer, spotykać się ze znajomymi, mogą sami iść do miasteczka na lody. Dla nich to świetna nauka samodzielności.



– W jakim wieku są Twoi synowie?



– 8 i 10 lat. Młodszy idzie teraz do 3 klasy, a starszy do 5 i to jest ostatnia klasa podstawówki. Później jest już gimnazjum. Wiesz, mam wrażenie, że dzięki nauce włoskiego paradoksalnie otworzyli się także na angielski. Ja zawsze mówiłam, że języki są bardzo ważne, bo otwierają możliwości, a oni sami zobaczyli teraz, że to nie jest takie trudne.



– Co Cię najbardziej urzekło w nowym miejscu zamieszkania?



– Chodzi Ci o ludzi, czy pytasz ogólnie o miejsce?



– Pytam o jedno i drugie.



– Po pierwsze urzeka mnie sam krajobraz. Dookoła są pagórki, jest bardzo zielono, natura jest dostępna dosłownie na wyciągnięcie ręki. Kiedy teraz jadę do wielkiego miasta nie mogę zdzierżyć dużego hałasu, zapachu powietrza … tu faktycznie powietrze pachnie!



Poza tym ten wolniejszy rytm. Rzeczywiście masz wrażenie, że żyjesz, a nie dni ci ucieją między palcami i nie wiesz, co się z nimi stało. Tu ludzie się uśmiechają. Moje dzieci same zwróciły na to uwagę, gdy były jeszcze małe. Jeśli idziesz sama ulicą, to nawet jeśli człowieka nie znasz – każdy powie Ci dzień dobry, albo cześć, cokolwiek. Nie mówię, że tak jest w tłumie, ale gdy się idzie samemu, to tak właśnie jest. I to jest bardzo fajne, bo nawet jeśli są jakieś problemy na głowie, pójdę chociażby kupić chleb i już wracam naładowana pozytywną energią! 



Bezinteresowność. To jest tu wspaniałe. I taka potrzeba ludzi bycia razem. W Warszawie to zawsze było mnóstwo ustaleń – zdzwonimy się, potwierdzenie sms-em, wielkie umawianie. A tu – nie ma żadnych konwenansów, ktoś wpada z butelką wina, siada przy stole, możesz go ugościć tym co masz, nawet jeśli jest to tylko chleb. I można tak siedzieć i gadać do białego rana. Nie ma potem konieczności rewizyty, tych wszystkich ceregieli. Po prostu możesz wpaść do kogoś bez wcześniejszego umawiania się i to jest chyba takie najfajniesze.



– Twoje życie bardzo się zmieniło. Żyjesz w niewielkim miasteczku, blisko natury, blisko ludzi. Jaką w sobie widzisz największą zmianę?



– Wiesz, jestem typem samotnika. W warszawskim domu byłam zamknęta w 4 ścianach z dwójką wówczas jeszcze małych dzieci, a tu mam wrażenie, że odbudowuje się moje poczucie bezpieczeństwa. Jestem blisko ludzi, mam fantastyczną rodzinę. Człowiek jest zwierzęciem stadnym i potrzebuje towarzystwa. Otwieram się. Jestem tu także bardziej pewna siebie, bo musisz wiedzieć, że jestem osobą zakompleksioną, bardzo wstydliwą. I mam taką radość, radość z prostych, małych rzeczy. Bo tego uczę się tutaj każdego dnia, nie trzeba mierzyć bardzo wysoko, aby być szczęśliwym, wystarczy cieszyć się codziennie z małych, drobnych rzeczy, które przynosi życie. 


– Dużo mówimy o pozytywach Twojego nowego życia, tymczasem pojawiają się zapewne także pewne trudności związane z życiem w małym miasteczku.



– Oczywiście, że są. Największym problemem jest brak pracy. Gdybym chciała tu pójść normalnie szukać pracy to byłby z tym spory kłopot. Mamy wciąż jeszcze działalność gospodarczą w Polsce, ja uczę włoskiego przez Skype, próbuję coś tam publikować, to są moje jakieś przedsięwzięcia, natomiast z pracą jest tutaj faktycznie trudno. Są jakieś mozliwości dorywczej pracy. 



Wiesz, ja nie byłam nigdy rasistką, ale stałam się nią we Włoszech. To wina włoskiego prawa, które jest totalnie pomylone. Wszyscy mi mówią, że byłoby lepiej, gdybym jako obywatelka Unii Europejskiej wyrzuciła swój paszport, wysmarował się pastą do butów i udawała, że jestem z Burundi, czy dajmy na to Libii. Nielegalni imigranci z Afryki mają pełen pakiet wsparcia od państwa. Mają pierwszeństwo w znalezieniu pracy, dostają pieniądze na życie, opiekę medyczną, ubezpieczenie. Włosi dostają szału! A ja jestem traktowana jak Włoch, czyli gorzej niż wszyscy extracomunitari. I to jest niefajne, jestem z Unii, a muszę walczyć o swoje prawa, muszę sobie sama wykupić ubezpieczenie, a ktoś z Libii przyjedzie i jeszcze dostaje pieniądze, aby przeżyć każdy dzień, doładowanie telefonu, itp. Narzekamy na polskie prawo, ale tu jest chyba jeszcze gorzej. 



I chyba w zasadzie tylko to. Gdy pytają mnie znajomi, czytelnicy bloga – ale powiedz, co jest nie tak, co nie wyszło – nie mam takich złych doświadczeń. No, może jeszcze słynna włoska biurokracja:). W listopadzie mieliśmy mieć podłączony gaz. Czekaliśmy miesiąc, aż właścicielka postraszyła urzędników, że napisze do Corriere della Sera i dopiero wtedy się ruszyło. To są tylko drobiazgi.



Więcej było tych pozytywnych zaskoczeń. Mówią mi, że pewnie za krótko jeszcze mieszkam we Włoszech – pewnie tak, może z czasem wyjdzie więcej takich rzeczy, natomiast w tej chwili nie ma.



Włosi narzekają, że jest taki kryzys, że gorzej się żyje, a ja im cały czas tłumaczę, że włoski kryzys, to nie jest jeszcze polski dobrobyt. A oni tego nie potrafią zrozumieć!



Jeśli stać cię na to, aby codziennie zjeść śniadanie w barze, wypić kawę, jeżeli każdy członek rodziny ma swój samochód – nie ważne, że to jest gruchot, a pójście raz w tygodniu na pizzę do restauracji to taka bidota, no to my nie mamy jeszcze o czym rozmawiać. W Polsce, jak ktoś pójście całą rodziną raz w tygodniu na pizzę to moim zdaniem już jest dobrobyt. 



Mój przyjaciel mówi, że dawniej jak mu się zużywały opony to nie zmieniał opon, tylko samochód, to jak oni startowali z takiego pułapu, nie ma się co dziwić, teraz mogą narzekać. My mamy zupełnie inne doświadczenia.



I tak jak powiedziałam, my tu żyjemy skromniej, ale to jest inne skromnie niż w Polsce. Nie ma teraz już takiego dysonansu cen, jak były kiedyś. Ceny produktów tutaj i w Polsce są bardzo podobne, a nawet można kupić niektóre produkty taniej – wystarczy się nauczyć co, gdzie kupić. I jakość produktów w marketach jest świetna, ponieważ stawia się bardzo na regionalne produkty. Ja mogę kupić sery od chłopa z gór, jogurty czy wędliny i ja wiem, od kogo one są. Prawdopodobnie w Polsce musiałabym zapłacić za to majątek.



– Kasiu wróćmy jeszcze na chwilę do włoskiej biurokracji. Jak wygląda kwestia formalna zamieszkania obcokrajowca we Włoszech. Czy każdy może przyjechać do Włoch, wynająć dom i tu zamieszkać?



– Generalnie tak, ale jeśli chcesz tu być powyżej trzech miesięcy musisz mieć tzw. rezydencję. I to jest kolejna … głupota. Aby dostać oficjalnie rezydencję musisz mieć albo tutaj pracę, albo prowadzić interesy we Włoszech, albo być na czyimś utrzymaniu, albo wykazać na koncie bankowym kwotę, która pozwoli ci tu przeżyć rok. W tej chwili nie pamiętam, ale to było chyba ok 10 czy 15 tys. euro. To trochę paranoja, ponieważ mogę poprosić przyjaciela, aby pożyczył mi na jeden dzień pieniądze, zrobię z tego dnia wydruk stanu mojego konta, pokażę to w urzędzie i sprawa załatwiona. Dużo trudniej jest, jeśli tak jak my – mamy swoją działalność w Polsce.  Mój mąż będzie rozkręcał teraz pewną działalność we Włoszech, ale nie chcę nic więcej mówić teraz na ten temat, ponieważ nie chcę zapeszać. Jeśli jednak jemu to wyjdzie, będzie nam po prostu dużo łatwiej uregulować te sprawy. 



Poza tym jeśli tu nie pracujesz, nie masz ubezpieczenia, musisz je sobie samemu wykupić, to jest około 400 euro na rok. I jest Twój obowiązek, jeśli chcesz być rezydentem.



– Kasiu piszesz bloga, prowadzisz sprzedaż wysyłkową włoskich towarów do Polski, uczysz włoskiego przez Skype, prowadzisz dom, tymczasem podjęłaś się sporego projektu, piszesz książkę. Czy pisanie tak Cię wciągnęło?



– Tak. Zawsze lubiłam pisać, lubię to i w ten sposób się wyrażam. Piszę przy każdej okazji. Zaczęłam także korzystać z notatek głosowych w telefonie. Książkę zaczęłam pisać jeszcze w Warszawie i początek był bardzo niepewny. Jak Ci mówiłam, nie jestem osobą przebojową, więc od czasu do czasu potrzebowałam kopa na rozpęd. Musiałam mieć pewność, że to co piszę, jest ciekawe i może się podobać i że tego ludzie chcą czytać. I chcą. Dostaję wiadomości prywatne, że czekają na książkę. Ale żeby ją skończyć muszę mieć spokojną głowę, aby się na tym skupić. Tymczasem ostatni rok do do spokojnych nie należał. Ale teraz książka się kończy.



– Czy masz już wydawcę?



– Nie mam jeszcze wydawcy, rozmawiałam z kilkoma, ale na razie to nie jest nic wiążącego. Czekają, aż będzie całość i wtedy zobaczymy. 



– Dużo teraz gotujesz, robisz przetwory. To także nowa pasja?



– Uwielbiam gotować! Pochodzę z rodziny, gdzie kobiety świetnie gotują. Gotowanie działa na tyle zmysłów! Lubię słuchać, jak skwierczy, chrupie, wącham, obserwuję kolory, a poza tym przy garnkach można się także wyżyć emocjonalnie. Mając na wyciągnięcie ręki te wszystkie zioła, owoce – to się samo prosi, aby coś z tym zrobić!




– Wspominałaś, że mama płakała, gdy ostatecznie zdecydowaliście się na przeprowadzkę. Jak teraz wyglądają wasze relacje, czy rodzina cieszy się, że udało się Wam spełnić marzenie? 



 – Z moją mamą byłam bardzo blisko, mieszkałyśmy zaledwie 20 minut na piechotę od siebie, więc widziałyśmy się bardzo często. Mam jeszcze dwóch braci i jesteśmy mocno zżyci. Rodzina wiedziała, że ja muszę się przeprowadzić do Włoch, aby być szczęśliwa. Z bólem serca przyjęli wiadomość o naszej przeprowadzce, ale to zrozumieli i uszanowali. Teraz widzimy się rzadziej, moja mamy była u nas dwa tygodnie i faktycznie nacieszyłyśmy się sobą. Może to jest tak, że teraz jest rzadziej, ale bardziej efektywniej. Gdy wyjeżdżała, obie strasznie płakałyśmy. Często rozmawiamy przez telefon, czasami na Skype. Myślę, że moja mama wychodzi z założenia, że najważniejsze jest, aby byłam szczęśliwa. Ja bym tak myślała o swoim dziecku. A teraz zobaczymy się dopiero na święta Bożego Narodzenia.




– Mama chyba widzi, że jesteś szczęśliwa. Czyta Twojego bloga?



– Tak, czyta! Moja mama nie jest zbytnio skomputeryzowana, ale dbają o to mój brat, albo bratowa. Podsuwają jej do czytania i wiem, że to bardzo przeżywa, komplementuje mnie, cieszy się i płacze czasami. Jest absolutnie bezkrytycznym krytykiem. I jest naprawdę fajnie.



– Bardzo Ci dziekuję za rozmowę.





Wszystkie zdjęcia w tym wpisie są własnością Kasi i pochodzą z jej bloga Dom z kamienia. Odwiedzajcie to wspaniałe miejsce pełne nasyconych barw i prawdziwych opowieści!





I jak, ktoś troszkę zazdrości Kasi jej domu z kamienia?



Pozdrawiam Was bardzo ciepło,

Magda

Parco Nazionale del Gran Sasso e Monti della Laga
Previous post
Ghost cities. 10 miast - widm we Włoszech
Next post
Liebster Blog Award, teraz już wiem o co chodzi

3 komentarze

  1. Marzec 1, 2015 at 11:17 am — Odpowiedz

    Poznałam Kasi Dom z Kamienia dzięki Tobie i teraz chętnie do niej zaglądam. Bardzo ciepła i wrażliwa osóbka 🙂 i pięknie pisze również o zwykłych rzeczach. Podziwiam ją za determinację do dążenia do celu i spełnienia marzeń. Ile osób ma w sobie tyle odwagi?

    • Marzec 1, 2015 at 11:28 am — Odpowiedz

      Ja także uważam, że pięknie pisze o zwykłych rzeczach. Nie każdy ma taki dar. Determinacji jej nie brakuje, ale podoba mi się także to, że jest przy tym skromna i bardzo ciepła. Z drugiej strony wiem, że trening czyni mistrza, a Kasia pisze prawie od zawsze. Tylko teraz nie tylko do zeszytu:). Uściski Agnieszko!

  2. Marzec 1, 2015 at 2:50 pm — Odpowiedz

    Brawa dla Kasi za odwagę w spełnianiu marzeń 🙂

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

*

Back

O AUTORZE

SHARE

Uważajcie, bo marzenia się spełniają! Toskańska historia Kasi